Najpierw trochę "Harry Potter": Wolter i "fabryka prawdy". A potem prawie "Alo, alo...!", czyli: Churchill, Kanadyjczycy, muzeum.
Zaintrygowani? Słusznie! Ileż tu historii nieoczywistej! Choć wśród tuzów związanych z tym miejscem należałoby zacząć od Alexandra Freiherr von Spaena, zamek przyciągał od zawsze wiele ciekawych postaci - również tych bardziej znanych u nas.
Był lubianym i zauważanym miejscem dla arystokracji w Brandenburgii-Prusach. Budynek miał czas, by napisać wiele ciekawych wątków, bo służy ludziom od setek lat. Wzmianki o nim znajdujemy już na początku XIV w.! Nie uciekając w historię, z pewnością uwagę przyciąga wątek z Wolterem. Otóż jego kontakty z pruskim królem - Fryderykiem II Wielkim - zaowocowały pomysłem stworzenia "fabryki prawdy". Miała ona być szkołą filozoficzną umiejscowioną właśnie w zamku Moyland.
Ok, ok, ale Kanadyjczycy? Otóż zamek przetrwał wiele i przetrwałby niemal bez szwanku również zawieruchę drugiej wojny światowej. Było blisko, ale w historii postanowili namieszać wspomniani reprezentanci kraju klonowego liścia. Otóż alianci przybyli tu w lutym 1945 r. i "okoliczności przyrody" tak niektórym z nich przypadły do gustu, że feldmarszałek Bernard Montgomery wybrał to miejsce na swoją kwaterę główną, a gościł tu m.in. Winstona Churchilla. I pewnie na tym skończylibyśmy opisywanie najnowszych dziejów zamku Moyland, ale wtedy cali na biało (i w klonowych liściach) do akcji wkraczają kanadyjscy żołnierze, którzy splądrowali i znacznie zdewastowali mały cud architektury.
I tu kolejny ciekawy wątek: ówczesny faktyczny właściciel zamku, Gustav Adolf Steengracht von Moyland, był po wojnie sądzony przez Amerykanów za zbrodnie wojenne (za bycie, w praktyce, prawą ręką Ribbentropa). Już w 1950 r. został objęty amnestią i następnie zwolniony. Mówi się, że był to deal...
Zostało nam muzeum - a zatem, kronikarskim obowiązkiem, zabytek ma się obecnie dobrze, a służy jako muzeum prac Josepha Beuysa. Kto to? Kolejna bardzo ciekawa postać, ale być może jeszcze będzie okazja o nim wspomnieć.
Uf! To co? Może coś o puzzlach?
Nie zgadniecie! Zacząłem od zamku! (: A potem? A potem stopień trudności drastycznie się podniósł. A że są puzzlowe brandy, które różnie przykładają się do kwestii dopasowania puzzli przy dużych fragmentach tego samego koloru, to... Przyznaję, kilka razy ubarwiłem układanie rzuconą pod nosem jakąś "cholibką". A może raczej jakimś odpowiednikiem mniej nadającym się tutaj do cytowania.
Puzzle były dość trudne, na ostatniej prostej pomogło sortowanie po kształtach. Zdecydowanie nie dla "każualowych" układaczy, naszych najmłodszych przyjaciół i szybko się niecierpliwiących. Ale, z drugiej strony, jeśli ci mniej kochający ten obrazek (za trudniejszy etap), poradzą sobie z takim wyzwaniem rzuconym przez Trefl... Oznaczać to będzie, że pięknie i z sukcesem przebrną wiele innych wyzwań!